poniedziałek, 11 grudnia 2017

Serce czy rozum?

Ostatnio napomknęłam, że nasz drugi syn wciąż pozostaje bezimienny. Mąż żartuje sobie, że nie chcemy dziecku z góry narzucać imienia i wybierze je sobie sam, jak troszkę podrośnie ;) A prawda jest taka, że w temacie powyższym jesteśmy beznadziejni. O ile  imionami żeńskimi, które podobają nam się obojgu w równym stopniu, moglibyśmy cały zeszczyt zapisać, o tyle chłopięca stronnica propozycji jest niezwykle mizerna, by nie powiedzieć pusta.

Déjà vu. Identyczne katusze przeżywaliśmy 5 lat temu! Stefano, był swego rodzaju kompromisem. Ani u mnie, ani u męża nie było to imię marzeń, ale gdzieś tam się przewijało. Teraz nie wyobrażam sobie by pierworodny mógłby nazywać się inaczej.

Naturalnie ''pomocników'' do wyboru imienia mamy wielu. Każdy z nich, wielce przekonany o wspaniaołośći swojej propozycji, nie omieszka nas uświadomić o beznadziejności naszej. O ile początkowo było całkiem zabawnie, z czasem zaczęło mnie to naprawdę denerwować i tylko przez grzeczność (i szacunek) jeszcze nikomu nie wygarnęłam co myślę o ich zachowaniu, kpinach i podśmiewaniu. Chwilami, gdy odzywa się we mnie instynkt obronny, mam niepohamowaną chęć nadać synowi imię na przekór wszystkim. Oczywistym jest natomiast, że Nam pomysły osób trzecich nie mogą się nie podobać!


A teraz, tadam!

Propozycje taty - Dario, Sandro
Propozycje mamy - Filippo

Co do Dario, byłabym w stanie ustąpić, gdyby nie jego polski opowiednik, który (bez urazy, wszak o gustach się nie dyskutuje) wzbudza u mnie dreszcze. Nawet gdbym wszystkim w Polsce nakazała cyrograf podpisać, to prędzej czy później (zgaduje, że prędzej) i tak syn nasz stałby się Dareczkiem czy Darusiem. Nie! Nie wchodzę w to!

Co do Filippo, nie ustąpi mój mąż, gdyż jest ono ''za wolne'' ;) W sumie to i ja sama nie byłam przekonana. Imię samo w sobie mi się podoba (również polski Filip), ale musicie wiedzieć, że niemal każdy Filip we Włoszech staje się Pippo, a tego bym nie zniosła.

M. ma jednakże jeszcze jedną propozycję, którą delikatnie forsował już przy Stefano. Celowo zostawiłam ją na konieć, bo to ona wzbudza największe kontrowersje wśród osób postronnych - LEONE. Początkowo byłam bardzo na nie, z czasem zaczęłam się z tym imieniem oswajać, ale... Bo zawsze jest jakieś ''ale''... ostatnie  miesiące przyniosły, we włoskim showbusinessie, multum dzieci noszących lwie imię. Fakt bycia posądzonym o kopiowanie celebrytów chyba blokuje nas najbardziej. Z jednej strony M. ma to gdzieś, z drugiej wyraźnie go to męczy.

Słowo ''LEONE'', na język polski tłumaczone jest jako lew. Odkryłam jednak , iż w stosunku do imienia trafniejszy bylby przekład LEON. I ten Leon chwycił mnie za serce :) Problem w tym, że we Włoszech imię powyższe wypowiadane jest z francuzkim akcentem i tu znów obawa, czy to aby nie jest już zbyt dziwne?!

Gdzieś tam, na drugiej, trzeciej czy czwartej pozycji, krąży LUCA.  Proste, krótkie i jedyne apceptowane przez starszego brata. Jesteśmy bardzo blisko od postawienia przysłowiowej kropki nad ''i'', ale jak to ujął mój mąż pozostałe dwa imiona nie dają mu spokoju.

Podczas burzy mózgów padło również LEONARDO, ale przy dziesięcioliterowym nazwisku, zależy nam na czymś krótkim. Niby jest LEO, ale tutaj tak jakby czegoś nam brakuje ;) Sami powiedzcie, jesteśmy przypadkiem beznadziejnym!!!


DRZEWO GENEALOGICZNE

Jak już wcześniej wpsomniałam, o gustach się nie dyskutuje. Jasne, że nie wszystkie imiona  wybierane przez rodzinę i znajomych dla swoich pociech mi się podobają, ale też nigdy z premedytacją czy wręcz satysfakcją nie odważyłabym się im powiedzieć w twarz - Chyba rzeście oszaleli? lub Biedne dziecko! itp...

Nawet sobie nie wyobrażacie ile się nawzdycha i naprycha moja teściowa na propozycje swojego syna, Małżonek mój twierdzi, że jeśli zdecydujemy się na Leone, to babcia będzie się wstydziła przyznać jak wnuk ma na imię ;)

Takie teraz mamy czasy, że wchodzenie z buciorami w życie innych i komentowanie ich wyborów jest na porządku dziennym. Kilka miesięcy temu jednak, wpadło mi ręcę drzewo genealogiczne włoskiej rodziny. Kochani moi, tam to dopiero są perełki. Tym bardziej dziwi mnie łatwość, z jaką niektórzy pozwalają sobie nas oceniać. Poniżej kilka przykładów, tych ciekawszych, które również we Włoszech są ekstremalne. Gotowi?

Dziadkowe męża, ze strony ojca to Ezio i Ulderica. Imiona rzadko spotykane, ale nie szokujące. No, ale idźmy dalej i proszę pańśtwa jest i Leone :)

Imiona męskie: Telesforo, Ponziano, Ermenegildo, Ettore, Elpilio, Ovidio...

Imiona żeńskie: Ersilia, Gea, Casilde, Clotilde...

A Wy czym kierowaliście się wybierając imiona dla Waszych pociech? Sercem czy rozumem, a może mix jedneo i drugiego? Rodzinną tradycją czy jeszcze czymś innym?

p.s. Czterdziesty tydzień w toku, a tu cisza!!!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wieści z frontu

Cześć świecie, chciałabym pisać częściej. Miałam mocne postanowienie poprawy, ale okoliczności nieco mnie przerosły:


 1. Stefano już drugi tydzień z rzędu zaczyna w domowych pieleszach. Zaczęło się nagle i pisząc nagle mam naprawdę na myśli z minuty na minutę. Syn praktycznie odprawiony do przedszkola - obudzony, najedzony, ubrany (włącznie z butami) dostał ataku kaszlu i to takiego, że aż zgłupiałam i paszczę rozdziawiłam. Stwierdziłam na prędce, że przedszkole nie zając i nie ucieknie, więc pierworodny został w domu na obserwacji. I na całe szczęści. Co prawda, kaszel (po inhalacjach) zelżał, ale po obiedzie, pierworodny, od niemowlęctwa wyznający zasadę, iż drzemka w dzień to strata czasu, zaczął mi się pokładać. Termometr zapikał 37,4 i niestety do był dopiero początek. Pod wieczór kresek było już 38.
Pediatra, dzień później, zdiagnozowała zapalenie krtani. Samo przyszło, samo przejdzie! Postanowiliśmy zostawić syna w domu jeszcze w środę, by w czwartek mógł spokojnie powędrować do szkoły. W środę w nocy ponownie zrobiło się gorąco, do tego doszedł katar i kaszel. Okropny suchy kaszel, doprowadzający matkę do bólu głowy, a syna do bólu brzucha, spowodował, iż w sobotę mąż zabrał syna na ''guardia medica'' (pomoc doraźna/pogotowie). Opukali, osłuchali - gardło czerwone, flegma zalega na górnych drogach oddechowych stąd ten okropny chruchel (oskrzela i płuca czyste). Nakazali poić (często, małymi łykami) i czekać, aż kaszel przerodzi się w mokry i zacznię się ''odrywać''. Na tę chwilę mam nadzieję, że powoli wychodzimy na  prostą.

2. Jestem nerwowa - stres przedporodowy dopadł mnie na całego. Tak, tak my jeszcze w dwupaku - dziś wkroczyłam w 39 tc, który jeszcze do niedawna był dla mnie fikcją, czymś nieosiagalnym. A tu proszę, ciąża donoszona - drugorodny nie będzie wcześniakiem! Hurra, hurra, ale ja już mam dość (nigdy nie sądziłam, że to powiem) - jestem ociężała, obolała. Irytuje mnie ciagłe szukanie alternatyw na zabawy proponowane przez syna, bo przecież matka nie może  teraz biegać wokół kanapy z kaskiem na głowie by bawić się w policjantów i złodziei. Wkurza mnie moja niezdarność - wszystko leci mi z rąk. Dość mam wykorzystywania innych, bo ze względu na zawroty głowy i kurcze, z domu już sama nie wychodzę. Z resztą i tak nie mam się w co ubrać, klasyka co nie? Tylko kochani, ja tu nie prawię o kieckach, spodniach czy sweterkach, a nakryciu wierzchnim. Zimota przywędrowała i do Włoch, a ja nie mam kurtki zimowej, która byłaby w stanie objąć moje aktualne gabaryty i wciąż paraduję w ciążowej parce wiosenno-jesiennej.

Dwa tygodnie (z hakiem) temu!


3. Powiedzmy, że za nami jeden ''fałszywy alarm''.  W ubiegły czwartek, po konsultacji telefonicznej z ginekolog prowadzącą ciążę, musielismy udać się na pogotowie ginekologiczne by wykluczyć pęknięcie wód płodowych. USG i KTG wyszły dobrze, ale badania wykazały infekcję dróg moczowych.


A jutro, trzymajcie kciuki. O ile dotrwam, o 10:15 jestem umówiona w szpitalu na zdjęcie szwa okrężnego. Może to być ten moment, gdzie wszystko ruszy i od razu (lub po chwili) rozpocznie się akcja porodowa. Ciężko to wcześniej ustalić, wszystko zależy od tego, czy szyjka jeszcze się trzyma sama czy jest już tylko ''na łasce'' kawałka sznurka.  Zdradzę Wam, że chyba bym chciała, aby to własnie była ''godzina W''.  Walizka spakowana, tylko ten tego nasz syn wciąż bezimienny ;)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Szew okrężny, czyli słów kilka o prowadzeniu ciąży zagrożonej we Włoszech

Czym różni się ciąża zagrożona, od ciąży ''normalnej''? Na powyższe pytanie możnaby odpowiedzieć krótko i zwięźle - ilością, różnorodnością i częstotliwością badań.

My miesiąc temu, aktualnie gabaryty nasze są nieco okazalsze ;)

Planując powiększenie rodziny, wiedziałam, że moja potencjalna ciąża zostanie sklasyfikowana jako zagrożona lub, jak kto woli, o podwyższonym ryzyku. Czynników było kilka, ale nie chciałabym się powtarzać, dlatego tutaj ograniczę się do szybkiego ich wymienienia:
  • pierwsza ciąża zakończona przedwczesnym porodem i narodzinami skrajnego wcześniaka w 29tc, z powodu niewydolności szyjki macicy
  • konizacja szyjki w 2015 roku
  • poronienie
Spragnionych szczegółów odsyłam do starszych postów - tu i tu.

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że wszystkie informacje oparte są na moim przypadku. Nie wiem w jaki sposób bylaby prowadzona podobna ciąża w Polsce. Powiem więcej, nie mam zielonego pojęcia jak wygladałaby sprawa w innych rejonach Włoch.

Zanim zagłębię się w temat, kilka suchych faktów, niezbędnych by zrozumieć włoskie realia. Służba zdrowia na ''kozakowym'' półwyspie nie jest w pełni bezpłatna (naturalnie od zasady są wyjatki), z reguły za wszelkie świadczone usługi pobierany jest ''ticket' - jego wysokośći zależna jest od rodzaju badania, ale nie może przekraczać 36euro.
Kobiety ciężarne są kategorią uprzywilejowaną, a więc zwolnioną z niektórych opłat - SSN (włoski NFZ) oferuje np. darmową cytologię, wizyty ginekologiczno-położnicze (nie mylić z USG, te refundowane są tylko dwa - w pierwszym i drugim trymestrze), niektóre badania laboratoryjne. Skierowania na powyższe badania wystawia lekarz rodziny, opięczętowując je odpowiednim kodem, ze względu na tydzień ciąży. Jeśli na recepcie nie widnieje kod M + tc oznacza to, że badanie jest odpłatne.

Drugą sprawą jest prowadzenie ciąży. Powiedzmy, iż w Italii funkcjonują dwa modele - prywatny i publiczny. W publicznym, jak możecie się domyślać, naszym punktem odniesienia jest szpital. Osobiście, we wszystkich ciążach, korzystałam z usług ginekologów prywatnych (muszę jednak zaznaczyć, że moja obecna ginekolog pracuje również w szpitalu). Jak to wygląda w praktyce?
Na początku ciąży wybieramy zaufanego ginekologa, któremu powierzamy prowadzenie ciąży - do niego będziemy wędrować na kontrole, USG, jego będziemy terroryzować telefonami, to on będzie nam zlecać badania. UWAGA - ginekolog zleca badania, ale skierowania wypisuje nam lekarz rodzinny! Dlatego też korzystając z usług prywaciarza, nadal mamy szansę robić badania na fundusz (i korzystać jeśli są one bezpłatne). Przyznaję szczerze, że bardzo mi się to podoba.

Ale do brzegu - ciąża zagrożona, obięta jest specjalnym traktowaniem. Lekarz, jeśli uzna to za uzasadnione, może nam nadać ''esenzione''  - KOD, który zwalnia nas od wszelakich płatności medyczno - sanitarnych na cały okres trwania ciąży. Nie jest to bez znaczenia gdyż,  jak wspomniałam na wstępie, podobna ciąża charakteryzuję się zwiększoną ilością i częstotliwością badań.  Na przykład ja, od drugiego trymestru ciąży, średnio 2 razy w miesiącu muszę udawać się na pobranie krwi, oddawać probki moczu, więcej mam także wymazów z pochwy (ich jednorazowy koszt, płacąc jedynie ''ticket'' to suma rzędu 150 euro) itp...


Kilka faktów o mojej ciąży:

  • do 9 tygodnia przeszłam 3 badania ultrasonografem
  • badania prenatalne nieinwazyjne - Bitest (test podwójny), wraz z przeziernością karkową. Wyszedł negatywny, więc nie zlecono kolejnych badań w tym kierunku - po 35 roku życia, wszystkim obywatelkom Włoch oczekującym potomstwa zalecana jest amniopunkcja. 
Gdyby ktoś był ciekawy jak wygląda płód w 13tc - zdjęcie wykonane podczas badania przezierności karkowej

  • tzw. morfologica - włoski odpowiednik USG połówkowego
  • w 17tc założenie szwu okrężnego, poprzedzone USG premorfologica 
Szew okrężny - zakłada się na szyjkę macicy (przy podejrzeniu jej niewydolności) od strony pochwowej. Procedura, mimo iż nie jest długa, wymaga kilkudniowej hospitalizacji (najczęściej 2 doby po operacji). Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu ogólnym, ewentualnie zewnątrzoponowym, co wymaga wcześniejszego odbycia wizyty anestezjologicznej. Po założeniu szwu zostaje nam podany antybiotyk oraz przepisana kuracja progesteronem (dopochwowa lub doustna), trzeba liczyć się z delikatnymi plamieniami, szczególnie dbać o higienę intymną oraz powstrzymać od współżycia.

Niby nic strasznego, a bardzo się tym zabiegiem stresowałam, a to znieczulenie, a to znów myśl o kilkudniowym rozstaniu z synem. Zgodnie z ustaleniami zabieg miał zostać wykonany w znieczuleniu ogólnym. Psychicznine byłam przygotowana na to, że będę spać, chwilę przed ''wjazdem'' na salę operacyjną poniformowano mnie, że jednak, ze względu na dziecko, skłaniają się do ''epidurale''. Obleciał mnie  strach, bałam się tej długiej igły w kręgosłupie itp...  Na wstepie zostałam podłączona do różnych aparatur - pulsoksymetr czy ciśnieniomierz. Zapewne wszyscy wiedzą jak wygląda znieczulenie zewnątrzoponowe - u mnie było nieco inaczej. Po zaaplikowaniu środków znieczulająch, musiałam, przez ok. 5 minut pozostać w pozycji siedzącej z głową wkuloną w kolana - jak zostało mi wytłumaczone, chodziło o to by znieczulenie nie poszło w górę kręgosłupa, a pozostało w obszarze miednicy. Po kilku minutach zaczęło mi się kręcić w głowie, czułam się jakbym miała zemdleć. Natychmiastowe podanie tlenu załatwiło sprawę.
Sam zabieg nie był bolesny, ale do przyjemnych też nie należał.  Po ok. 9 minutach, uszu mych doszedł głos profesora ''nożyczki'' i chwilę później ''dziękuję państwu''. Niemal od razu wróciłam na moją salę, kilka godzin później wyjęto mi cewnik (konsekwencja znieczulenia zewnątrzoponowego) i nakazano minitorować oddalanie moczu.
Na szczęście obyło się bez komplikacji, więc dzień później byłam już w domu. Z reguły zabieg podobny wymaga kilkudniowego wypoczynku, po czym wracamy do tzw. normalnego życia, naturalnie unikamy wysiłku i przemęczania się. Może się jednak zdarzyć, iż dostaniemy nakaz leżenia - wszystko zalezy od ''stanu'' szyjki. Od tego momentu kontrole ginekologiczno-położnicze mam co 2-3 tygodnie. Początkowo obserwowano zarówno szyjkę, jak i stan płodu. Od 6  miesiąca  maluch kontrolowany jest mniej więcej raz w miesiacy, szyjka macicy cały czas co 2-3 tygodnie.


Aktualnie jestem w 35 tygodniu ciąży. Stawiane początkowo progi (cele) zostały osiągniete - pierwszym było dotarcie do 30tc, następnie 34tc, kolejnym jest osiągnięcie 36 tygodnia. Jeśli dotrwam, w 38tc zostanie mi zdjęty szew.

Stresu jest wiele (czekam również na wyniki ostatniej cytologi), na żadne badanie nie szłam spokojna, za każdym razem towarzyszyło nam (mężowi również) drżenie rąk i zimny pot - uspokajał nas dopiero widok bijacego serduszka. Od połowy ciąży doszła obawa o szyjkę.


POWIEDZ KOTKU, KOGO MASZ W ŚRODKU

Jak słusznie wyłapała Luxusowa, a ja potwierdziłam w komentarzach, pod sercem noszę osobnika płci męskiej. Naturalnie, jak tylko rozeszła się wiadomość o ciąży, pojawiły się pytania w stylu ''kogo bym wolała?'', niektórzy ograniczali się do swierdzenia ''życzę ci dziewczynki'', a jeszcze inni na wieść o kolejnym synu rzucali ''nastepna będzie córka''. A co ja Wam powiem? Zanim pojawiły się pytania, w ogóle nie zastanawiałam się czy wolałabym chłopca czy dziewczynkę. Później nieuchronie zaczęłam, wewnątrz siebie, szukać preferencji odnośnie płci i wiecie co ja naprawdę pragnęłam jedynie by nasze dziecko było zdrowe. Cieszę się z syna, tak samo cieszyłabym się z córki.


MOJE ODCZUCIA

Właśnie weszłam w 36tc (tak post ten ''pisał się'' wyjątkowo długo), dziś kończy się 8  miesiąc ciąży, a mną miotają sprzeczne emocje - z jednej strony pragnę by ciąża trwała jak najdłużej, z drugiej zaczynam mieć dość leżącego trybu życia. Nie ukrywam, iż chwilaim ogarnia mnie również strach przedporodowy, do porodu teoretycznie pozostało 35dni.







wtorek, 31 października 2017

A to było tak!

Kochani, pytacie co, gdzie, kiedy itp... W poniższym wpisie postaram się Wam nieco opowiedzieć o obecnej ciąży.

By nie było wątpliwości - zdjęcie robione w pozycji półsiedziącej ;)


SZCZĘŚCIU TRZEBA POMAGAĆ

Po ubiegłorocznej stracie dość długo nie mogłam się podnieść, w sumie to nie ma dnia abym o tym nie myślała. Baliśmy się, ale jednocześnie pragnęliśmy spróbować raz jeszcze. Kto śledzi mnie już dłuższą chwilę, ten wie, że ze względów zdrowotnych, czas działał na naszą niekorzyść - nieoficjalną granicą starań miały być moje 35 urodziny (tyle wiosen stuknęło mi w sierpniu).

Powyższe argumenty przekonały nas do testów owulacyjnych. Nic skomplikowanego, ani drogiego - zdecydowanie polecam. Jestem przykładem, że działają.

W moim brzemiennym stanie upatruje również opatrzności boskiej. Nigdy, odkąd ''stałam się kobietą'', nie miałam fizycznych znaków sygnalizujących owulację. Aż do marca bierzącego roku, kiedy to wszelkie znaki na niebie i ziemi (plamienie czy nagłe, ostre kłucie w boku), zdawaly się wołać, że coś jest na rzeczy. Spore było moje rozczarowanie, gdy dzień przed spodziewaną miesiączką pojawiło się drobne plamienie (czasami tak mam) i zero jakichkolwiek oznak potencjalnej ciąży.


LABORATORIA TEŻ SIĘ MYLĄ

Smutek wkrótce minął, plamienie również. Okres się nie pojawił. Odczekałam chwilę i zrobiłam test  - owulacyny. Nie, nie pomyliłam się. Gdzieś, kiedyś wyczytałam, iż testy na owulację wykrywają wczesną ciążę, a że innego pod ręką nie miałam to same rozumiecie :) Po pozytywnych testach z moczu (owulacyjnym i ciążowym), nadszedł negatywny test z krwi, a co za tym idzie rozżalenie i chwila konsternacji. W głowie powstawały absurdalne historie, ale ginekolog spokojnie poleciła odczekać kilka dni i powtórzyć betę, gdyż najzwyczajniej w świecie, jeden z testów się myli. Jasne! Tylko który?

Betę powtórzyłam tydzień później (w międzyczasie wypadała Wielkanoc), ale już w innym laboratorium. Gdy dostałam sms z informacją, iż wyniki dostępne są na stronie internetowej serce waliło mi jak młot. Gdy je otwierałam miałam wrażenie, że wyskoczy mi ono z piersi! Beta wyszła w tysiącach!!!

(O zaistniałej sytuacji poinformowaliśmy pierwsze laboratorium - przeprowadzono wewnętrzne ''śledztwo'', odnaleziono moją próbkę i ponownie przeanalizowano - wynik pozytywny!)


CIĄŻA

Jeszcze tego samego dnia (czwartek), czyli tydzień przed planowaną podróżą do Polski, siedziałam na fotelu ginekologicznym.  Ciąża potwierdzona, zarodek dobrze zagnieżdżony w macicy. Przeciwskazań medycznych do lotu brak! Mogę jechać, pod warunkiemm że w przyszłym tygodniu (czytaj w Polsce) wykonam USG by skontrolować rozwój płodu - pojawienie się serduszka. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak w momecie, w którym małżonek uświadomil mnie, że akurat wtedy wypada w Polsce długi majowy weekend, zaczęło się robić nieco gorąco. Alternatywą było przełożenie wyjazdu o kilka godzin i badania na miejscu. Zgodnie stwierdziliśmy, że druga opcja, mimo że droższa, bardziej nas przekonuje i będzie nam się podróżowało lżej ze świadomością, iż z kruszyną wszystko gra. Sprawę odrobinę komplikował długi włoski weekend i nieobecność mojej ginekolog. Niezastąpiony wujek google przyszedł z pomocą i ostatecznie ''wylądowałam'' u pierwszego specjalisty w zakresie ginekologii, który znalazł okienko by przyjąć mnie tego konkretnego dnia.

W  międzyczasie zaniemogłam, pojawiły się mdłości i okrutny ból żołądka. Ostatnia rzecz, o jakiej chciało mi się myśleć to pakowanie. Byłam słaba, brakowało mi sił by zwlec się z łóżka i pójść do łazienki. Do jedzenia musiałam się zmuszać. Możecie mi wierzyć na słowo, nic mi się nie chciało a walizki, łypające na mnie z kąta pokoju, tylko mnie stresowały. Gdyby nie Stefano chyba byśmy zostali w domu. Biedny nasz pierworodny od dawna czekał na ten wyjazd, co chwila dopytywał: ''kiedy lecimy?''. Ta jego smutna, zmartwiona twarzyczka wlała we mnie niespodziewane siły, w 20 minut byliśmy spakowani.

Badanie wypadło dobrze, serce podjęło pracę.  Nadeszła chwila by podjąć ostateczną decyzję odnośnie wyjazdu. Wszystkie oczy skierowane były na mnie, a matczyne serce nie było w stanie odmówić synowi wakacji.  Do dziś zastanawiam się jak udało mi się przeżyć podróż?


NIEPOWŚCIĄGLIWE WYMIOTY

W dziewiątym tygodniu (po powrocie z Polski) przeszłam trzecie USG i cała ciążowa machina, dotychczas nieco uśpiona, poszła w ruch.

W 8tc pojawiły się wymioty, które niczym huragan, z każdym dniem zdawały się nabierać na sile. Rozpoczęła się moja, kilkumiesięczna symbioza z miską/muszlą klozetową. Chwilami byłam tak zrezygnowana, że aż łzy napływały mi do oczu - zarzuacałam sobie bycie okropną matką (Stefano całe popołudnia spędzal przed TV) albo po prostu ryczalam z bezsilności. Niemal wszystkie posiłki oglądałam co najmniej dwa razy. Mój żołądek zdawał się nie trawić, potrafiłam pół nocy wymiotować obiad skonusmowany 10 godzin wcześniej. W wydalanym pokarmie zaczęły się pojawiąć niewielkie ślady krwi. Byłam wyczerpana i zdruzgotana, bo jak to niektórzy mówią historia lubi się powtarzać, a w pierwszej ciąży (ze Stefano) mdłości i wymioty towarzyszyły mi do samego końca. Zważając na powyższe, mogę się uznać za szczęściarę - samopoczucie zaczęło się nieco poprawiać wraz z wkroczeniem w 4 miesiąc ciąży. Wymiotować przestałam na początku lipca.


CIĄŻA W LICZBACH

  •  termin porodu - 18/12/2017
  • obecnie jestem w 34tc, czyli pierwszy cel (przekroczenie narodzin Stefano) został osiągniety, kolejnym jest ukończenie tygodnia 34
  • do tej pory przybrałam 9kg; z powodu niepowściągliwych wymiotów, w poczatkowej fazie ciąży straciłam ok. 4kg
  • z ostatniego USG wynika, iż mały powinien ważyć już 2kg z hakiem (czytaj dwa razy tyle co pierworodny w dniu narodzin)
  • przyjmowane leki - 1 paracetamol (do tej pory), kwas foliowy, żelazo (łykałam przez ok.2 miesiące), Eutirox 0,25 dziennie (1,5 miesiąca temu rozstroiła mi się nieco tarczyca), progesteron 200mg (od lipca)
  • dni spędzone w szpitalu - 3 (więcej następnym razem)
  • ilość pokutych palców - wszystkie, po kilkanaście razy 

Hmm, co jeszcze? Ciężko mi zebrać myśli, ale za kilka dni postaram się napisać kilka słów o ciąży  zagrożonej. 

środa, 11 października 2017

Cukrzyca ciążowa po włosku

Dziękuje serdecznie za wszystkie ciepłe komentarze pod ostatnim wpisem. Nie planuję prowadzić bloga ciążowego, choć kilka wpisów w temacie zapewne się pojawi. Będą to raczej artykuły informacyjne, które może komuś, w sytuacji podobnej do mojej, się przydadzą.


Krzywa cukrowa przerażała mnie tylko z jednego powodu, przymusu wypicia glukozowego preparatu, gdyż w pierwszej ciąży nie miałam najmniejszych problemów z poziomem glukozy we krwi. Tym razem glikemia bazowa wykazała 94 (od 92 rozpoznaje się cukrzycę - UWAGA, w ciązy parametry są zaniżone), pozostałe wyniki - po 60min i 120min mieściły się ''zawiasach''.
No, ale wystarczyło to by sklasyfikować mnie jako obarczoną tzw. cukrzycą ciążową. Informacja ta ścięła mnie z nóg, podcięła skrzydła itp.

Skierowano mnie do poradni diabetologicznej. Niestety, u nas w mieście, terminy były dość odleglę, więc zdecydowaliśmy się pojechać do innego szpitala. Po przeprowadzonym wywiadzie i pomiarach, wizytująca mnie lekarz orzekła, że jej zdaniem nic mi nie dolega, ale by ostatecznie wykluczyć problem zalecono mi codzienne pomiary cukru we krwi.



Do domu wróciłam w pełni wyposażona - aparat glikemiczny, igły, paski i dziennik glikemiczny. Dwutygodniowy monitoring miał załatwić sprawę, ale... moja ginekolog zdecydowanie nie była zadowolona z przebiegu wizyty i w trybie pilnym załatwiła mi wizytę w poradni w Perugii.

W międzyczasie jadłam normalnie (ograniczając jedynie cukier - cukierki, czekoladę, lody), wszystkie wyniki dalece mieściły się normie. Z tak przygotowanym dzienniczkiem pojechałam na kontrolę do poradni nr 2 - Pani przeanalizowała wyniki, przeprowadziła wywiad, orzekła, iż pomiary są dobre i ''wręczyła kilkustronnicową dietę''.

OK, złapałam dołka - teraz, gdy w końcu mogę jeść (czyt. nie wymiotuję na widok wszystkiego) nałożono na mnie dietę. Ścisłą dietę. Zdaniem mojego męża przesadzoną, bo i nie traktowaną indywidulanie, ale z automatu. Szczerze mówiąc nie tak to sobie wyobrażałam.

Na diecie jestem od prawie trzech tygodni. Nie jest łatwo, zwłaszcza, że dieta przystosowana jest do warunków włoskich, a w moim żywieniu sporo jest akcentów polskich. Jakoś idę do przodu, choć niedługo pierś z kurczaja wyjdzie mi uszami ;)


INFORMACJE PRAKTYCZNE

Przyznaję, iż nie mam zielonego pojęcia ani jaki jest polski iter diagnostyczny, ani jak do tematu cukrzycy ciążowej podchodzą ginekolodzy/diabetolodzy. Na podstawie własnych doświadczeń i wymiany poglądów z innymi mamami, mogę stwierdzić, iż we Włoszech (Perugii) problemowi temu poświęca się dużo uwagi.  Poniżej, po krótce, przedstawiam włoską procedurę - może kiedyś komuś się przyda.

- krzywa cukrowa
- skierowanie na wizytę diabetologiczną w ciąży, wypisywane przez lekarza rodzinnego
- diabetolog, po zdiagnozowaniu cukrzycy wypisuje skierowanie na wydanie  sprzętu niezbędnego do badań glikemicznych oraz wydaje ''esenzione'' (zwolnienie od płatności)
- skierowanie zanosimy do lokalnego punktu sanitarnego, gdzie zostaje nam wypisana recepta na odbiór przepisanych przyrządów
- apteka (odbiór)

środa, 30 sierpnia 2017

Oczekiwania czas


Pojechali! Tydzień minął w oka mgnieniu. W perspektywie jest widzenie za kilka miesięcy, ale i tak się poryczałam. Mogłabym łzy podciagnąć pod buzujące hormony, ale nie będę się oszukiwać - w podobnych sytuacjach płaczę zawsze. Pozostaje czekać na kolejne spotkanie. Ot los emigranta. Cóż więcej mogę dodać? Może fotkę?!






Przed nami ostatnie dwa tygodnie wakacji. Staramy się korzystać, na tyle ile mobilność moja pozwala. Do  następnego!




sobota, 19 sierpnia 2017

Czekamy...

Jadą goście, jadą...
Już w Austrii są
Wieczorem się zameldują
Ole'  :)


Właśnie podąrzają do nas moja siostra z rodziną. Stefano od brzasku pokój sprząta ;) Muszę dodawać, że jest w siódmym niebie?  Ja się cieszę razem z nim, mimmo iż podobno straciłam prawo do mojego łóżka - bo on bedzie spał razem z kuzynami (troje) a moje łóżko większe!